Ile mamy czasu?

Czas to niewdzięczny temat, szczególnie gdy pracujesz w większej organizacji. Jest go mało, czasem trzeba się z niego rozliczać, a koniec końców to, na co go poświęcasz, w dużej mierze zależy od innych. Niemniej jednak, korzystając z pretekstu, jakiego dostarcza przywrócenie święta Trzech Króli jako dnia wolnego od pracy, warto pomyśleć o tym, ile naprawdę mamy czasu na zrobienie czegokolwiek w ciągu jednego roku. No, strzelajmy. 300 dni? 250? A może tylko 200?

Do tej notki zainspirował mnie tebe. Jakiś czas temu napisał, ile czasu tracimy na komunikację. Zazwyczaj zresztą niezbyt konstruktywną. Według jego obliczeń po odjęciu czasu na obsługę maila, komunikatorów, uczestnictwo w spotkaniach, przerwy i rozmowy zostaje… 7 godzin tygodniowo. W tym czasie możemy nad czymś realnie popracować. Jeśli zastanowić się nad tym trochę dłużej, to naprawdę robi wrażenie.

Ostatnio postanowiłem wpisać te przemyślenia w szersze ramy. I tu pojawia się pytanie: ile dni jest w roku? Chodzi oczywiście o dni pracujące dla pojedynczej osoby. Zacznijmy od banałów. Urlop. Tu nie ma problemu, bo sprawę jasno reguluje kodeks pracy. Zazwyczaj to 20 albo 26 dni. Święta. Tu z kolei ustawa o dniach wolnych od pracy. Było 12 dni, a w przyszłym roku dojdzie jeszcze jeden (swoją drogą to plasuje Polskę na 1. miejscu w Unii Europejskiej pod względem ilości dni wolnych od pracy, średnia unijna to 9,6 – dane za: EIRO, 2009). Do tego dochodzą weekendy, czyli 104 dni.

To jeszcze nie koniec, ale zobaczmy ile zostaje nam w tej chwili. Dwieście dwadzieścia dwa dni pracy. Na tej liczbie zazwyczaj kończą się podobne rozważania. Tyle tylko, że pracujemy z ludźmi, a środowskiem jest korporacja. Ludzie czasem chorują. Załóżmy, że to 10 dni w roku, czyli tydzień na grypę, a pozostałe pięć dni na jakieś nagłe sytuacje w rodzaju bólu głowy, zatrucia czy czegokolwiek innego. W każdej korporacji są też szkolenia, warsztaty, wyjazdy integracyjne itp. OK, to w jakiejś mierze też praca, ale umówmy się, że w tym czasie nic namacalnego zazwyczaj nie powstaje (co nie znaczy, że nie warto ich organizować). Dodajmy więc do naszego zestawienia jeszcze 10 dni (to mniej niż jeden dzień miesięcznie). I na koniec worek z napisem „inne”, do którego w „zryczałtowanej” formie wrzucimy wszystkie te rzeczy, które nie wypełniają zazwyczaj całego dnia, ale nijak nie są związane z naszymi projektami. Chodzi o takie wydarzenia jak firmowe wigilie, ćwiczenia przeciwpożarowe, korpo-przeprowadzki, awarie internetu, spotkania na temat ogólnej kondycji korporacji, itp. Niech będzie, że to łącznie 5 dni w roku.

Sumujemy… Wychodzi 197 rzeczywiście roboczych dni. Średnio to tylko 16,4 dnia w miesiącu. Z drugiej strony – przez 168 dni nie wydarzy się zupełnie nic, co przybliżyłoby nas do zakończenia realizacji jakiegokolwiek projektu. Dla mnie to mimo wszystko zaskakujące. Tym bardziej, jeśli nałożyć na te obliczenia filtr zaproponowany przez tebego. A kiedy oprócz tego uświadomimy sobie, jak w dzisiejszych korporacjach robi się internet, to aż chciałoby się zapytać, jak (i kiedy) my to właściwie robimy? :-)

Ten wpis umieszczono w kategorii korporacja, project management i otagowano jako . Możesz dodać go do zakładek permalink. Dodaj komentarz lub dodaj odpowiedź (trackback): Trackback URL.

Jeden Komentarz

  1. Opublikowano 27 września 2010 at 10:02 | Permalink

    Na swoim ta piramida proporcji się odwraca.
    Dlatego też – jak się jest w organizacji i chce się doprowadzić projekt do końca – warto go wyrzucać na zewnątrz – bo tam ludzie, którzy dostają $ za wykonaną robotę, a nie przychodzenie do pracy.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany i nie będzie rozpowszechniany. Wymagane pola są oznaczone *

*
*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>