Społeczności, czyli czego nie ma na Facebooku?

Facebook nie jest serwisem społecznościowym. Nigdy do końca nim nie był. A jeśli tego nie zmieni, to możliwe, że będzie miał z tego powodu nie lada problem.

W zmiennym, internetowym świecie jedną z nielicznych walut, niepoddających się inflacji, są społeczności. Ludzie to istoty społeczne, które żyją dla innych, a treścią ich życia są rozmowy. Sieć rozumiała to od początku swego istnienia, dając użytkownikom narzędzia do dyskusji i poznawania nowych osób. Kiedyś były to BBSy, Usenet czy listy dyskusyjne. Dziś są to fora, które – choć niezmienne od lat – wciąż są miejscem najciekawszych i najbardziej wartościowych dyskusji w całym internecie. Tymczasem Facebook, mimo że na pozór wydaje się inaczej, nie ułatwia ani rozmów, ani poznawania ludzi. Wybiera inne kierunki rozwoju, a ten najbardziej dla siebie naturalny pozostawia bez uwagi.

Społeczności są modne. Od paru lat sformułowanie „serwis społecznościowy” jest używane do określenia każdego sajtu, który ma użytkowników oraz jakaś formę relacji miedzy nimi. Najczęściej jednak nie są to żadne społeczności. Te bowiem tworzą się wokół miejsc, rzeczy, problemów, idei lub zjawisk. Aby powstały – poza interakcją – potrzebne jest także poczucie wspólnoty oraz realnie odczuwalna wartość, np. w postaci dodatkowej, specjalistycznej wiedzy.

Społeczności to rozmowy

Oto pierwszy problem z Facebookiem. Serwis Zuckerberga nie wykształcił jak dotąd zadowalajacych mechanizmów, pozwalających różnym, nieznającym się użytkownikom, na zorganizowaną wymianę wiedzy, informacji i spostrzeżeń. Tę potrzebę użytkownicy realizują dziś na forach dyskusyjnych. Winyle, aparaty fotograficzne, wino, kitesurfing, wychowanie dzieci, urządzanie domu czy hodowla psów. Na każdym z tych tematycznych forów można znaleźć wiedzę trudno dostępną gdziekolwiek indziej, porady czy wsparcie. Widzieliście kiedyś podobne dyskusje i to na taką skalę na Facebooku? Ja nie.

Ktoś zauważy, że na FB zdarzają się pytania, jaki aparat kupić za 2 tysiące złotych. To prawda. To jest jednak płytka interakcja, jednorazowa i – co najgorsze – rzadko kończąca się satysfakcją. Szansa na dobrą odpowiedź nie jest zbyt wysoka, biorąc pod uwagę, że przeciętna osoba ma w tym serwisie 245 znajomych. Na tematycznym forum być może liczba aktywnych użytkowników jest taka sama, ale oczywista różnica polega na tym, że są to osoby świetnie zorientowane w temacie pytania. Są w stanie dostarczyć o wiele lepszą odpowiedź. Poza tym facebookowy wall również konstrukcyjnie różni się od forów – trudniej zaindeksować go w Google czy wrócić do poprzednich dyskusji.

Może w takim razie fanpejdże. Są zorientowane na konkretnym temacie i są zbiorowością różnych ludzi, a nie tylko naszych znajomych. Może to one powinny przejąć rolę forów, ułatwiać wymianę wiedzy i doświadczeń. Cóż, obawiam się, że nie. Bo czy fanpejdże na Facebooku to społeczności? Jakiego rodzaju relacje zachodzą pomiędzy „fanami” tych stron? Mam wątpliwości, czy zachodzą jakiekolwiek. Abstrahując od socjologicznej terminologii, to po prostu zbiorowiska jednostek, które wyrażają solidarność lub przychylność konkretnemu tematowi. To rodzaj manifestacji lub chęci zapisania się na nowoczesny newsletter. Komunikacja w ich obrębie odbywa się właściwie jednowymiarowo – pomiędzy administratorem strony i resztą użytkowników, udzielających się w komentarzach. Trudno znaleźć przykłady fanpejdży, na których użytkownicy są rozdyskutowani i czują ze sobą jakąś szczególną wspólnotę. Nie chcę urazić niektórych social media managerów, ale, drodzy państwo, moim zdaniem nie tworzycie żadnych społeczności…

Jedynym narzędziem na Facebooku, które można w ogóle rozpatrywać w kategorii „społecznościotwórczych” są grupy. One jednak nigdy nie rozwinęły się na tyle dobrze, aby zacząć skutecznie realizować to zadanie. Sam jestem członkiem paru, które jako-tako działają, ale wciąż daleko im do odpowiedników, funkcjonujących w modelu forum. Zresztą nie tylko Facebook bez powodzenia próbował rozwijać społeczności za pośrednictwem grup. Nasza klasa – zdaje się – wciąż się o to stara. Bez powodzenia. Ta sztuka udała się Goldenline, gdzie grupy (a właściwie specyficzne fora) mają się wyśmienicie i tworzą realne, wysokiej jakości społeczności. Podobnie było – przynajmiej na początku – z grupami (czy też gronami) w nieistniejącym już Grono.net.

Społeczności to poznawanie ludzi

Oprócz wymiany wiedzy i doświadczeń istotą społeczności jest poszerzanie kręgu tworzących ją osób. To logiczne. Im więcej osób, tym większa częstotliwość kontaktu. To też więcej informacji i wiedzy.

I oto drugi problem z Facebookiem. Zastanówcie się, kiedy ostatnio poznaliście kogoś zupełnie nowego za pomocą Facebooka? Nie chodzi mi o podtrzymanie i rozwinięcie znajomości tylko samo jej nawiązanie. Korzystam z tego serwisu od lat, ale mi ta sztuka jeszcze nigdy się nie udała. I nie sądzę, abym był jedyny. Facebook nie jest bowiem serwisem, który pomaga w rozszerzaniu grona swoich znajomych. To serwis, który stara się wyłącznie odzwierciedlić strukturę naszej rzeczywistej sieci społecznej w internetowej formie. Ułatwia utrzymywanie istniejących znajomości, umożliwia ich pielęgnowanie. Na pewno jednak nie pomaga w poszerzaniu naszych społecznych kręgów.

Wiele źródeł, opisując kolejne etapy rozwoju Facebooka, posługuje się danymi na temat jego łącznej liczby użytkowników. Tymczasem równie istotną informacją jest tempo wzrostu liczby znajomych przeciętnego użytkownika. Jestem przekonany, że od dłuższego czasu ten współczynnik spowalnia. Dlaczego?

Przede wszystkim dlatego, że Facebook usilnie stara się nazywać, a więc formalizować nasze relacje, ubierając je w proces zapraszania i dodawania do tzw. „znajomych”. Takie nazywanie relacji nie jest jednak dla ludzi czymś naturalnym. Poza tym dodanie kogoś do znajomych, a więc podzielenie się z tą osobą zdjęciami, wpisami, listą znajomych, jest po prostu aktem dość intymnym. A obawa o swoją prywatność nigdy nie sprzyja nawiązywaniu znajomości.

Do problemu zamkniętej społeczności znajomych ciekawie podeszło Google Plus ze koncepcją kręgów. Źle jednak rozłożono w tej koncepcji akcenty. Kręgi pokazano jako narzędzie do lepszej typizacji relacji, bo w życiu różne typy znajomych przenikają się. Współpracownik może być po godzinach naszym przyjacielem. To prawda, ale prawdziwym atutem tego rozwiązania jest po prostu asymetryczność relacji. Mogę umieścić w swoich kręgach dowolną osobę, bez konieczności, aby ona umieściła mnie. To daje większą swobodę nawiązywania znajomości, nie wywołuje obaw o prywatność i daje szansę na swobodne rozpoczęcie dialogu. Pozwala poszerzać swoje social grafy, a nie tylko je pogłębiać.

Problem z wartością

Biorąc wszystko powyższe pod uwagę, można zadać przewrotne pytanie, czy Facebook jest tak naprawdę serwisem społecznościowym? Stare, DOSowe programy, które nie obsługiwały znaków diakrytycznych (ą, ł, ś, ó…), posługiwały się określeniem „polskawy” na swój język interfejsu. Być może także Facebooka zamiast serwisem społecznościowym, lepiej byłoby nazwać właśnie społecznościowawym.

Czy to jednak dla serwisu Zuckerberga jakikolwiek problem?

W chwili osiągania przez Naszą klasę szczytów popularności moi rodzice zaczęli o niej rozmawiać przy wigilijnym stole. Takie spotkania miały dotąd dość precyzyjną, niepisaną agendę (omówienie spożywanych pokarmów, spraw sercowych mojej siostry i moich, garść mądrych rad na całe życie oraz aktualne zagadnienia polityczno-społeczne). Pojawienie się w tej agendzie Naszej klasy odbierałem jako dobitny dowód masowego sukcesu. Jednak gdy następnego roku zapytałem rodziców, co słychać na Naszej klasie, odpowiedzieli, że przestali ją odwiedzać. Skontaktowali się ze wszystkimi znajomymi ze szkolnych ław, kręcąc z niedowierzaniem głowami, jak bardzo się zmienili. Wymienili się wiadomościami, opisując w samych superlatywach swoje potomstwo. A potem… nie mieli powodów, by zaglądać na Naszą klasę ponownie. Brakowało wartości.

Oczywiście naiwnością byłoby sprowadzenie problemów Naszej klasy tylko do tego zjawiska. Nie mam też zamiaru stawiać proroczej tezy, że Facebooka czeka podobna przyszłość. To wróżenie z fusów, które pozostawię analitykom finansowym. Każdy produkt internetowy ma jednak swój – przypominający parabolę – cykl życia. Warto się zastanowić, na jakim jego etapie jest dziś Facebook i kiedy stanie przed problemem malejącej korzyści dla użytkownika.

Mam dziś wrażenie – choć czasem trudno to zauważyć, funkcjonując branży internetowej, która żyje i żywo dyskutuje na Facebooku – że serwis Zuckerberga nie dostarcza zbyt wiele długoterminowej wartości przeciętnemu użytkownikowi. Staje się stopniowo tylko rozrywką. Internetową przekąską, która nie wnosi niczego trwałego do naszego życia. Co najwyżej zwiększa poziom dopaminy – naszego „przekaźnika przyjemności”. W jakimś stopniu zależy to oczywiście od liczby, aktywności i „jakości” znajomych. Nie jest to jednak dobry sygnał. Przyjemności podlegają modom, „przejadają się”, nudzą i nieustannie potrzebują stymulacji, aby przyjemnościami pozostać. Każdy twórca serwisów internetowych doskonale o tym wie.

Paradoksalnie, jedna z nielicznych, trwałych wartości, jakie dostrzegam dziś w serwisie Zuckerberga, realizuje się poza nim. Mam na myśli logowanie przez OpenGraph. Brak konieczności zapamiętywania hasła czy ominięcie skomplikowanego procesu rejestracji na dziesiątkach stron realnie poprawia codzienne życie użytkowników. Tylko czy rola wypożyczalni bazy użytkowników nie jest zbyt mało ambitnym wykorzystaniem facebookowego potencjału?

Wartość w treści?

Pracownicy Zuckerberga próbują zaadresować ryzyko malejącej wartości. Dla wielu użytkowników Facebook obok swojej podstawowej funkcji jest dziś rodzajem nowoczesnego newslettera. W feedach coraz częściej widać wiadomości pochodzące nie z sieci znajomych, ale z fanpejdży i aplikacji. Serwis Zuckerberga zrozumiał w pewnym momencie, że jedną z rzeczy, która może napędzić społeczność, dać jej pokarm do dyskusji i utrzymać atencję użytkowników, jest po prostu ciekawa treść.

To się udało. Serwis Zuckerberga często jest najszybszym lub wręcz jedynym źródłem informacji. Obawiam się jednak, że w odróżnieniu od serwisów prawdziwie społecznościowych, takich jak wspomiane fora, karmienie użytkowników informacjami nie buduje długoterminowej lojalności. Nie jest też tak trudne do odtworzenia i ulepszenia, a w konsekwencji przejęcia tego use case’u. Konkretne zagrożenia widać zresztą na horyzoncie. Mam na myśli Tweetera oraz aplikacje na platformy mobilne, takie jak Flipboard czy Zite. One już dzisiaj – w porównaniu do Facebooka – potrafią szybciej dostarczyć lub lepiej dopasować kontent.

Nie można też zapominać, szczególnie w kontekście debiutu giełdowego i oczekiwań inwestorów, że cały ruch, który w ten sposób wypływa z serwisu Zuckerberga, monetyzuje de facto ktoś inny. Wydawca, właściciel teatru, sklepu czy po prostu bloger, piszący ciekawe notki. Facebook próbuje radzić sobie z tym, wchodząc w interesujące mariaże z dużymi wydawnictwami (np. Guardianem), aby kontent pozostawał wewnątrz zuckerberowego ekosystemu. Są to jednak rozwiązania pośrednie, nieco chaotyczne i nie sądzę, aby miały przed sobą świetlaną przyszłość. Zbyt dużo jest sprzecznych interesów pomiędzy Facebookiem a innymi interesariuszami (ostatni konflikt między Google News a francuskimi mediami rzuca na tę kwestię dodatkowy cień).

Zwrot w stronę treści uwypuklił jednak, że ludzie potrzebują rozmów z innymi, nie tylko ze znajomymi. W takich dyskusjach rodzą się nieco inne emocje. Wychodząc poza krąg znanych sobie ludzi, można doświadczyć prawdziwie twórczej wymiany poglądów. To rodzaj intelektualnego wyzwania. A nagrodą są intersujące znajomości. Widać to wyraźnie, analizując działanie facebookowej wtyczki z komentarzami (np. w naTemat.pl). Tam zaczynają się tworzyć prawdziwe społeczności.

Społeczności to naturalna droga

Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że informacyjny charakter w sieci społecznościowej, jaką jest Facebook, pojawił się nie „z powodu”, ale „przy okazji”. Zdecydowanie naturalniejszym krokiem dla serwisu Zuckerberga wydają mi się społeczności. Trudno o środowisko i kontekst bardziej sprzyjające ich budowaniu i rozwijaniu.

Nie bez znaczenia jest także, że w społecznościach opartych na wymianie wiedzy i poznawaniu ludzi dużo rzadziej występują problemy z wartością dla użytkownika. Prawdziwe społeczności to bowiem nie tylko rozrywka. One rozwijają nas, użytkowników. Wzbogacają nasze życie. Otwierają oczy na różne zagadnienia albo po prostu poszerzają nasze kręgi społeczne o nowe, wartościowe relacje.

Oczywiście społeczności to najtrudniejszy do zbudowania element internetowego krajobrazu. Jeszcze trudniejsze jest stworzenie środowiska, w którym może powstawać i istnieć wiele społeczności – wielotematycznych i przenikających się. Do tego potrzeba nie tylko sporo odwagi, ale i dobrego sposobu.

Na rynku widać jednak przykład, który może pomóc w wyobrażeniu sobie teoretycznego potencjału społeczności na Facebooku. Mam na myśli Quorę (nota bene stworzoną przez dwóch byłych, istotnych pracowników Facebooka – Adama D’Angelo i Charliego Cheeveera), która w wyrafinowany sposób łączy Q&A’owy model wymiany wiedzy ze znaną z Wikipedii metodą społecznej edycji zasobów. Jest uzależniająca, wszechstronna oraz – co najważniejsze – społecznościowa. Dyskusje na Quorze dostarczają niezdobywalnej gdziekolwiek indziej wiedzy, a w samym serwisie można spotkać i poznać dziesiątki interesujących postaci.

Chciałbym, aby Facebook był serwisem społecznościowym, a nie tylko społecznościowawym. Tworzenie trwałych społeczności, które będą rozwijać się przez długie lata, zapoczątkowanie swoistej konwersacyjnej rewolucji, może być dla Facebooka prawdziwym nowym otwarciem. Najciekawszym pomysłem na ucieczkę do przodu i zminimalizowanie ryzyka malejącej wartości serwisu dla użytkowników. Poza wszystkim jest to naturalny krok i dlatego mam nadzieję, że w Menlo Park nie zabraknie odwagi, aby ten krok wykonać.

UPDATE: właśnie dziś Google ogłosiło że w ramach Google+ uruchamiają… społeczności :-) O wszystkim napisał też TechCrunch.

Ten wpis umieszczono w kategorii społeczności i otagowano jako , . Możesz dodać go do zakładek permalink. Dodaj komentarz lub dodaj odpowiedź (trackback): Trackback URL.

3 Komentarze

  1. Opublikowano 6 grudnia 2012 at 20:42 | Permalink

    Absolutnie się zgadzam. Na początku rzeczywiście Facebook był świetnym miejscem, które bardzo ładnie agregowało newsy z serwisów i dostarczało to, czego nigdy nie chciało mi się czytać w google readerze. Teraz siedzą tam 13latki i lajkują obrazki a poziom intelektualny jest porównywalny z kwejkiem.
    Teraz właściwie wyłącznie korzystam z Flipboard, który w doskonały sposób pozwala mi być na czasie, nie atakując reklamami i sponsorowanymi wydarzeniami (jak facebook ostatnio), a nawet jeśli pojawi się reklama to jest ona tak dobrze dobrana, że aż chce się kliknąć.
    Grupy na Facebooku to żart, a jakakolwiek próba porównania ich do forów nie ma racji bytu. Fora mają ten plus, że do dyskusji na dany temat można się włączyć np. po 3 latach, a na FB odkopanie tak starego wpisu jest praktycznie niemożliwe.

    Facebook w tej chwili to rzeczywiście głównie zintegrowane logowanie i fajne pluginy do komentarzy.

  2. piotr34
    Opublikowano 10 grudnia 2012 at 16:13 | Permalink

    Moze autor Ameryki nie odkryl(widzialem podobne ale NIE tozsame diagnozy w innych nmiejscach)to jednak tekst jest na medal.Swietna analiza temat-BRAWO.

  3. Opublikowano 12 grudnia 2012 at 07:35 | Permalink

    Dobry wpis Adam. Patrząc na wyniki Fejsa, masy nie potrzebują serwisów społecznościowych, tylko własnie takiego tajm-killera. Z drugiej strony – podajesz zacny przykład Wnętrzności – serwisy społecznościowe, tak jak je rozumiemy, trzymają się mocno. I to bez przesadnego rozwoju ficzerów.
    Pytania
    - Czy fejsowi uda się coś tu zrobić – mam nadzieję i jestem przekonany, że nie. Otwarty zróżnicowany internet lepszy będzie
    - Czy Googlowi – byc może, widzę jaki jest uparty, pytanie czy kumają tam o co chodzi

    Teza: jest tak, że fejs nauczył wielu ludzi pisania w sieci. Nie wali się świat, gdy opiszą, że ich piesek zrobił kupkę na dywan i nacisną wyślij.
    Może być tak, że w kolejnej fazie, niektórzy z nich, zapragną czegoś więcej. I tu szansa dla niezależnych społeczności. Na pewno jednak, o niektórych tematach, choćby takich jak rozwód nie będą pisać na stronach niebieskich ani tych googlowych, pod nazwiskiem.

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany i nie będzie rozpowszechniany. Wymagane pola są oznaczone *

*
*

You may use these HTML tags and attributes: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>